fbpx

Lubię Ryby

Blog dla pasjonatów wędkarstwa

Trzecie podejście: Hiszpańskie pstrągi!

Do trzech razy sztuka? W tym roku nie było mowy o przypadku. Spakowaliśmy się w jeszcze większą, konkretną ekipę i ruszyliśmy z jednym planem: dać z siebie 200%.

Hiszpania przywitała nas jednak absolutnymi skrajnościami. W dzień słońce i przyjemne 20 stopni, w nocy spadek do okrągłego zera, a do tego momentami urywający głowę, silny wiatr. Jakby tego było mało, rzeka z wysoką, lodowatą wodą. Brodzenie w takich warunkach? Niesamowity wycisk dla nóg i ciągła walka o równowagę na śliskich kamieniach w silnym nurcie. Do tego większość miejscówek niedostępna.

Bogaty w lekcje z poprzednich, trudnych wyjazdów, podjąłem jedną decyzję: odcinam się od wszystkiego i skupiam wyłącznie na łowieniu. Nad wodę wychodziłem jako pierwszy, schodziłem z niej ostatni. Godzina za godziną, bezustanne biczowanie wody i szukanie tej jednej, upragnionej szansy.

Woblery robią robotę Tym razem taktyka przyniosła efekty zadziwiająco szybko. Już pierwszego dnia, kładąc nacisk twitching, zameldował się fajny pstrąg 50+. Kluczem okazał się duży wobler, sprowadzony precyzyjnie z płycizny w głębszą wodę. To był strzał w dziesiątkę! Zresztą cały ten wyjazd stał pod znakiem woblera – przyniosły mi one mnóstwo efektownych brań. Przeciągnięcie w odpowiednie miejsce, jedno mocniejsze błyśnięcie bokiem i natychmiastowy strzał. Wszystko wręcz książkowo. Nie było „dłubania” maluchów, każda ryba miała od 40 cm w górę. Ale prawdziwe eldorado miało dopiero nadejść…

76 centymetrów pstrągowego szczęścia I stało się. Mój nowy, życiowy rekord, który niezwykle ciężko będzie mi kiedykolwiek pobić. Piękna, zdrowa i niesamowicie silna ryba – równe 76 cm! Co ciekawe, pstrąg totalnie zaskoczył mnie swoją budową. Był długi jak miesiąc, a chudy jak wypłata przed pierwszym… 😅 Kiedy wspominaliśmy potężne 72 cm Tomka z zeszłego roku, tamten pstrąg był niesamowicie nabity. Mój przy swojej ogromnej długości okazał się mega wąski, ale nadrabiał to niesamowitą, dziką agresją.

Samo branie? Będę pamiętał to jeszcze przez lata. Rzut na szybszą wodę, wobler zaczyna pracować, schodzi powoli wachlarzem, co chwilę migocząc w nurcie. W pewnym momencie przynęta wpada w stojącą wodę. Robię delikatne podszarpnięcie, żeby prowokująco błysnęła… i w ułamku sekundy następuje atomowe uderzenie!

Zacięcie, natychmiastowy potężny opór, a po chwili gra już tylko jedna, najpiękniejsza melodia – palący się, grający na najwyższych obrotach hamulec mojego Vanquisha! Wtedy na własnej skórze poczułem, jaką genialną robotę robi ten kołowrotek w ekstremalnych sytuacjach. Przytrzymałem profesora chwilę w nurcie, pompując metr po metrze, aż w końcu miałem go pod nogami. Na widok podbieraka ryba odpaliła jeszcze kilka potężnych odjazdów, ale losy tej walki były już przesądzone.

Chwilę później pstrąg bezpiecznie lądował w siatce. Szybka sesja, kilka gorących buziaków na do widzenia i ryba w świetnej kondycji wróciła do wody.

Na tym wyjeździe zaliczyłem jeszcze kilka pięknych ryb, które sprawiły mi ogromną przyjemność podczas holu. Całą galerię z tej wyprawy możecie zobaczyć poniżej – a ja już z niecierpliwością i wypiekami na twarzy myślę o kolejnym wyjeździe! 🎣🇪🇸

 

Trzecie podejście: Hiszpańskie pstrągi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń na górę