Zmiana myślenia — o łowieniu cieniej i skuteczniej
Po francuskim wyjeździe, gdzie miałem okazję intensywnie połowić bolenie i klenie, zrozumiałem jedną rzecz: łowię zbyt grubo. W sumie zrozumiałem to dopiero jak zobaczyłem jakie ryby i jak holuje je Łukasz oraz na jakim zestawie.
Dotąd używałem plecionki 1.0 — solidnej, mocnej, „na wszystko”. Tłumaczyłem to sobie klasycznie: a bo jak wpadnie przyłów, a bo jak szczupak czy sum, a bo jak zaczep. Niby słuszne. Tylko… ile razy faktycznie zdarzył mi się taki przyłów, którego nie dałbym rady opanować na cieńszej lince? No właśnie.
Co oni się śmiali z mojej plecionki…
Podczas wieczornych rozmów nad wodą, chłopaki uświadomili mi, dlaczego cienka linka to podstawa. Śmiali się prosto w twarz, że przyjechałem wyciągać łódź podwodną, a nie łowić ryby 🙂
Zacząłem oglądać ich zestawy – wędki z kołowrotkami 3000 albo i 3500, do tego dobrze nawinięta plecionka 0,06–0,08 mm i fluorocarbon około 0,20 mm. Hamulec ustawiony jak trzeba – i lecą dalekie rzuty, przynęta spada tam, gdzie ma, a prowadzenie bajka. Efekty? Od razu.
Najlepszy test zrobiłem na kanale koło domu – klenie, bolenie, okonie. Wiedziałem, gdzie są zaczepy, gdzie czysto. Głównie łowię powierzchniowo, zwłaszcza latem, ale z taką plecionką ze średniej półki naprawdę da się połowić jak trzeba.
Zacząłem też wiązać nowy węzeł do łączenia plecionki z fluo – cieniutki, mocny, jeszcze się ani razu nie rozwiązał. Efekty? Rekordowy boleń 74 cm i kleń 50 cm wyjęte bez problemu.
A najlepsze? Małe i cienkie kotwiczki robią mega robotę – tylko trzeba uważać, bo przy wypinaniu łatwo się dziabnąć… i boli!





