fbpx

Lubię Ryby

Blog dla pasjonatów wędkarstwa

Francuskie bolenie i klenie – ciepło, powierzchnia i ryba za rybą

Francja – bolenie, klenie i lato życia

Po powrocie z Hiszpanii i kilku lokalnych wypadach z chłopakami, w głowie szybko zaczął kiełkować nowy plan – wyjazd do Francji. Klenie, bolenie i czysta przygoda. Ekipa: Hubert, Tomek, Łukasz i ja. Mocny skład. Wylot z Wrocławia, dwie walizki wypchane kołowrotkami, plecionkami, woblerami i nadzieją. Lotnisko pod Paryżem, potem trzy godziny autem w kierunku południowej Francji. Nasza baza? Spokojna miejscowość Romorantin, idealna jako punkt wypadowy nad kilka rzek regionu.


Rzeka jak z bajki i pierwsze klenie

Na pierwszy ogień poszła rzeka Sauldre – płytka, krystaliczna, pełna życia. Klenie widoczne gołym okiem, ataki na smużaki, a w tle krajobraz jak z bajki. Przez dwa dni nie mogliśmy się oderwać od tej wody – rzeka idealna do brodzenia. Ciepła oraz czysta i klarowna, z minimalną presją i dużą populacją klenia.


La Cher – bolenie i węgorze pod nogami

Kolejna rzeka to La Cher – szersza, dziksza, z pięknymi przelewami i dołkami. Tutaj złowiłem pierwszego naprawdę fajnego bolenia. Były też inne obserwacje – pod nogami przemykały stada karpi, amurów i całe grupy węgorzy, które szykowały się do tarła. Czułem się, jakbym łowił w akwarium. Ryby wszędzie, zero syfu, czysta przyroda.


Loara – brodzenie, dublety i gorączka lata

Najmocniejszy etap wyprawy to Loara – królowa francuskich rzek. Szeroka, rozlana, pełna odnóg i niespodzianek. Łowiliśmy głównie w okolicach Blois. Brodzenie po kolana, miejscami do pasa, krystaliczna woda i upał 36°C. Woda miała około 25 stopni, więc łowiło się w krótkich spodenkach, w koszulce UV z długim rękawem i kapturem oraz czapce z daszkiem. Komfort, ochrona i pełna gotowość bojowa. A do tego chłodne piwo schładzane w rzece — życie.

Na powierzchni działo się piekło. Bolenie atakowały z impetem, chlapały wodą, pruły jak torpedy. Często nie trafiały, czasem spadały, ale każdy atak to był zastrzyk adrenaliny. Z Łukaszem trafiliśmy w idealny moment – dublet. Równoczesne brania, równoczesne hole. Tego się nie zapomina.


Rekordy, brzany i… chwile pauzy

Na tym wyjeździe dwukrotnie pobiłem swój rekord bolenia – to, co w Polsce wydawało się barierą, tutaj pękło jak bańka. Tomek wyjął klenia życia, Hubert dołożył brzanę. Ryby wchodziły jedna za drugą.

Było ich tyle, że… musieliśmy robić przerwy. Autentycznie. Odpuszczaliśmy łowienie, siadaliśmy w cieniu i gadaliśmy. Bo ile można? Rzeka, jak akwarium – pod nogami karpie, amury, czasem całe grupy węgorzy, które zbierały się do tarła. I wszystko w totalnej czystości – zero mułu, zero syfu, tylko rzeka i natura.


Wnioski? A to już temat na osobny wpis…

Właśnie tutaj zrozumiałem, jak piękne może być łowienie boleni i kleni z powierzchni. Te ataki, te strzały, ta nieprzewidywalność. Ale też – że czasem łowię zbyt grubo i to całkiem za grubo. To co pokazał mi Łukasz to całkiem inny wymiar dla mnie – o  tym jednak już w kolejnym wpisie…

Francuskie bolenie i klenie – ciepło, powierzchnia i ryba za rybą

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń na górę